Menu

Plamy Tuszu

Amatorsko pisane opowiadania

Ostatnie Tchnienie Człowieczeństwa (Więzień7457)

alternativepsychopath

Rozdział 4.

 

- 7457, może wybrałbyś się na scenę i zjadł cokolwiek.

Podniosłem się ospały. Sen nie chciał mnie opuścić, otaczała mnie dziwna senna otoczka. Jednak szybko się opamiętałem. W moim pokoju jest genetyk, pan mojego życia i śmierci.

Natychmiast zeskoczyłem z łóżka i przetarłem oczy.

- Proszę o wybaczenie, po wczorajszych lekach stałem się bardzo senny i...

- Alexandrze, widziałeś się już z Syntią? - przerwano mi i dopiero teraz zauważyłem, że przede mną stoi Hopkins.

- N-nie - wyjąkałem i poczułem się bardzo dziwnie.

Nancy pokiwała głową. Patrzyła prosto na mnie. Próbowała mnie zrozumieć.

- Nie wierzysz mi, prawda? - powiedziała, przerywając ciszę.

Korzystając z mojego zmieszania, zrobiła kilka kroków w moją stronę. Miała na sobie niebieską koszulę z niedopiętymi dwoma guzikami u szyi, na ramionach miała swój kitel, a nogi zakrywały jeansy. Jasne włosy spięła w kucyk, kilka krótszych pasm swobodnie zwisały przy jej twarzy.

Czułem się niezręcznie - nie wiedziałem kompletnie jak się zachować.

- Hej - powiedziała kojąco i złapała za kawałek bluzy. Niespodziewanie szarpnęła, a moja twarz znalazła się na przeciwko jej. - Chcę ci tylko pomóc - wyszeptała.

Byłem zdolny patrzeć tylko w jej bursztynowo-szare oczy.

Przez głowę przemknęła mi myśl. Była krótka, ale intensywna. Myśl kazała mi ją zabić. Jednak nie potrafiłem jej skrzywdzić.

Zwolniła uścisk, a wraz z tym powróciły mi wspomnienia z wczorajszego dnia. Nancy potrafiła uwieść niejednego. Nie miała wrogów, bo kto by podejrzewał taką osobę, jaką przedstawia Nancy.

Była tajemnicza jak diabli. Przypomniałem sobie jak przyszła mi powiedzieć o Audrey. Pomyliłem jej strach z ekscytacją - błędnie zinterpretowałem jej spojrzenie. A ona dobrze o tym wiedziała, że się nie zdradzi. Mądra, delikatna, zmysłowa, a zarazem silna i narwana.

- Nie czaruj mnie Hopkins. Ordynatora mogłaś sobie omotać, ale chyba nie sądziłaś, że wszyscy tak łatwo uwierzą w twoje spokojne usposobienie - powiedziałem, delikatnie się uśmiechając. - Przejrzałem cię.

Dziewczyna parsknęła śmiechem.

- Nie zawiodłam się na tobie. - Odsunęła twarz i stanęła prosto. - Mamy chyba coś wspólnego.

- Niby co?

- Uzyskałam dostęp do twoich akt. A potem tylko się przyglądałam. Teraz jestem przekonana, że skrywasz w sobie kogoś zupełnie innego niż pokazujesz na zewnątrz.

Zmrużyłem oczy i zaplotłem za sobą ręce.

- Po co to robiłaś? - zapytałem w końcu.

Kobieta chwilę milczała, jednak ani na ułamek sekundy nie odwróciła spojrzenia.

- Bo chciałam ci pomóc - odpowiedziała i wzruszyła ramionami. - Jakby nie było, faktycznie taki miałam zamiar, pomimo całokształtu sytuacji.

- Ale dlaczego właśnie mnie?

- Impuls? Chyba mogę tak to nazwać. - Przeszła pod drzwi. - Chodź na posiłek.

- Nadal ci nie wierzę.

Przewróciła oczyma, podeszła do mnie, chwyciła moje przedramię i zabrała pod drzwi. Puściła i jednocześnie otworzyła je.

Szedłem za nią i patrzyłem jak z każdym krokiem podskakują jej włosy. Każdy krok był wdzięczny. Jej ruchy wydawały mi się wręcz perfekcyjne, każdy kolejny jeszcze bardziej precyzyjny.

Nie wiedziałem co się ze mną właśnie dzieje. Kompletnie nie rozumiałem dlaczego jedna osoba potrafi tak na mnie wpłynąć.

"Może faktycznie mi chce pomóc?"

"Wstrzymaj się" - przemówił drugi głos w głowie.

Musiałem być sceptyczny tak bardzo jak to możliwe. Nie mogłem pozwolić się omotać. A Nancy miała do tego niespotykalny talent.

Przy łazienkach skręciliśmy w lewą stronę i podążaliśmy nieco ciemniejszym korytarzem.

- To już tutaj - powiedziała kilka minut później, stając przy dwuskrzydłowych drzwiach.

- Dziękuję, pani genetyk - uprzejmie się odezwałem i poczekałem aż pierwsza odejdzie. Chciałem odprowadzi ją spojrzeniem.

Hopkins uśmiechnęła się życzliwie, odwróciła i poszła dalej.

Patrzyłem jak proporcjonalnie do czasu oddala się ode mnie.

Nagle zatrzymała się. Zacisnęła dłonie w pięści i z powrotem stanęła do mnie twarzą. Zaczęła iść w moją stronę.

A ja stałem jak ten kołek wbity w miękką ziemię. Gdy sobie to uświadomiłem, poczułem się zawstydzony, zażenowany. Jednak nogi odmówiły mi posłuszeństwa i nadal tkwiłem w miejscu.

- No co? - zaśmiała się kilka kroków ode mnie. - Nadal jestem człowiekiem, zdarzają się i mnie pomyłki. Nawet jeżeli chodzi o drogę do własnego gabinetu.

***

Scena.

Faktycznie była scena, a przed nią porozkładane stoły, przy których mogło usiąść maksimum sześć osób.

Pomieszczenie było bardzo duże. Jednak ludzi było niewielu. Przy stoliku w kącie siedziała wysoka i umięśniona kobieta. Postury była męskiej i wbrew pozorom wcale nie znęcała się nad słabszym, a jedynie spokojnie czytała książkę. A słabszym nazwałem wysokiego i chudziutkiego chłopaczka, który siedział z nią przy stoliku i co jakiś czas odzywał się, wbijając wzrok w blat stolika. Moje spojrzenie padło na nią pewnie z powodu jej afro, tak przynajmniej sobie pomyślałem.

Przy innym stoliku siedziała grupka pięciu ludzi i najwyraźniej w coś grali. Wszyscy wyglądali praktycznie tak samo. Ciemna skóra, białe włosy, białe koszule i drobna budowa ciała.

- Ymmm... - Zawahałem się, podchodząc do jednego z grających. - Jestem nowy i nie bardzo...

- Tam jest dystrybutor ze słodzoną wodą - nie czekając, aż skończę odezwał się najbladszy z nich.

- Wolałbym coś zjeść.

- Zjeść? - obrzucił mnie zdziwionym spojrzeniem, po czym oglądnął się na swojego kolege, który siedział obok. - Spóźniłeś się. Kolejny dopiero będzie.

- Długo do kolejnego?

- Jakaś połowa czasu pozostała od ostatniego posiłku - najciemniejszy zabrał głos. Głos miał dużo niższy i ktoś kto nie widziałby go mógłby przysiąc, że jest jakimś osiłkiem.

- Cóż, w takim razie dzięki - powiedziałem, nie wiedząć co zrozumieć przez połowa czasu.

Chwilę popatrzyłem jak grają. Po chwili namyśliłem się i przysunąłem krzesło z innego stolika. Odwróciłem je oparciem do przodu i usiadłem w rozkroku. Skrzyżowałem na nim ręce i oparłem się podbródkiem.

- Tak w ogóle jestem Alexander - odezwałem się, zapatrując się na planszę. Odczekałem chwilę, bo myślałem, że ktoś mi odpowie. Tak się nie stało. - Na czym polega ta gra?

- Koleś odczep się. - Odwrócił się do mnie twarzą jeden z nich. - Nie szukamy znajomych. Nasze towarzystwo w zupełności nam wystarcza.

- Mam sobie iść? - zapytałem.

- Siedź jak chcesz, ale łaskawie nie odzywaj się - dopowiedział, po czym wrócił do gry.

- Jasne... - Podniosłem się i odstawiłem krzesło na miejsce. Smuga światła padła na moje oczy i poraziła mnie. Krzywiąc się, odsunąłem twarz i spojrzałem w stronę, z której teoretycznie powinna być poprowadzona. W praktyce, wpuszczało ją okno. Było ono ( a także szereg innych ) pod sufitem, który był na tyle wysoko, że można było pośnić jedynie o ucieczce w taki sposób.

Westchnąłem i spojrzałem na dystrybutor słodzonej wody.

- Ostatnie pytanie, chłopaki - podjąłem. - Mam pić tę wodę z rąk? Nie ma jakiś pojemników czy czegoś tego rodzaju?

- Są - odpowiedział mi ten sam, który moment wcześniej kazał mi się odczepić. Nie przerywał gry i w dalszym ciągu skupiał pełną uwagę na tym co dzieje się na planszy. - To znaczy podobno kiedyś były.

Podziękowałem i ominąłem graczy. Nie będę przecież wybrzydzał. Lepsze to niż nic.

- Te Alexy! - krzyknął za mną mój rozmówca. - Wydajesz się spoko chłopaczkiem, łap! Zachowaj ją sobie.

Złapałem w ręce metalową puszkę. Owinięta była w etykietę, przedstawiającą groszek.

- Dzięki - postanowiłem, że nie będę pytać skąd to wytrzasnął. Podszedłem do zbiorniczka z wodą, podłożyłem puszkę i nabrałem wody.

Natychmiast wypiłem ją duszkiem. Nabrałem ponownie i odwróciłem się.

Podskoczyłem wystraszony. Gdy tylko się odwróciłem stała za mną kobieta. Nie słyszałem jak podchodziła, ani nie widziałem jej wcześniej na stołówce.

- Przepraszam, nie chciałem cię oblać - powiedziałem, gdy się otrząsłem i spostrzegłem plamę wody na jej ubraniu.

- Pantofel. Wszyscy pewnie robią z tobą co chcą, ha? Przesuń się - przesunęła mnie ręką. Gdy się otarła poczułem jej twarde włosy na rękach. I nie chodziło o to, że przeszkadzają mi normalne włosy na rękach - rzecz naturalna. Ale to nie były normalne włosy.

- Co oni ci robią? - odważyłem się zapytać.

Czarnowłosa dziewczyna o bladej cerze nie odpowiedziała. Łyknąłem wody z puszki i cierpliwie czekałem na to czy mi odpowie.

- Mutują - odpowiedziała, gdy już skończyła pić. - A co innego?

Spojrzałem na mokrą plamę na jej koszuli i od razu się zawstydziłem. Przez wodę koszula przykleiła się do jej piersi.

- Co się gapisz? Gołej laski nie widziałeś?

- Laski?

- No dziewczyny, Einsteinie. Wiesz kim był czy też mam ci powiedzieć?

- Słyszałem.

- Chociaż tyle... - Odbiegła wzrokiem i rozejrzała się po sali. Ciemne, długie i tłuste włosy zjechały, przysłaniając bladą skórę jej twarzy. - Jestem Cortney. Zabrzmię jak dziewczynka z depresją, ale zawsze to mówię nowo poznanym. Nie przywiązuj się do mnie bo za niedługo umrę.

- Aż tak źle? - Uważnie ją obserwowałem.

- Pytasz o mój stan fizyczny czy o to co czuję?

- A z czego się sypiesz? - Podałem jej puszkę z wodą.

- Weź i zatrzymaj ją dla kogoś komu będzie potrzebna. - Dziewczyna, nie patrząc na mnie wolnym krokiem zaczęła odchodzić.

- Cortney, nie odpowiedziałaś mi - upomniałem się i zrównałem z nią krok. Cortney była wysoka jak na dziewczynę, bo była mojego wzrostu. - Błędnie cię zmutowali? Chemia działa?

- Pudło. Nie mogą się ze mną dogadać, więc doświadczenie na mnie nie mknie najszybciej.

Usiedliśmy przy pierwszym lepszym stoliku.

- TY chcesz umrzeć, tak? - zadałem pytanie i patrzyłem prosto na nią. Szukałem spojrzenia, ale dziewczyna patrzyła na własne dłonie.

- Jestem o słodzonej wodzie już drugi tydzień. Przez ich "leki" i wypłukiwanie się z witamin moja skóra zaczęła tracić pigment. Białość zawdzięczam w dużej mierze przez "leki".

- Wybrałaś śmierć przez zagłodzenie...

- Tak, to był mój wybór.

- Nie wierzysz w to, że coś się odmieni? Przecież krążą wieści...

- Nie mów mi o tym - przerwała mi i zacisnęła mocno oczy. - Nic się nie zmieni. Tylko zginie wielu z nas. Kolejna niepotrzebnie przelana krew.

- Cortney popatrz na mnie. - Zielone oczy dziewczyny na chwilę spotkały się z moim spojrzeniem. Szybko jednak odwróciła wzrok. - Nie będę cię przekonywać, bo respektuję twoje zdanie jak cholera. Chcę tylko... Jeżeli mógłbym jakoś umilić ci ostatni czas, po prostu daj mi znać. Nie chcę by moja siostra umierała w samotności, nikt nie powinien.

- Nie znam cię, ani ty mnie. Ja nie znam siebie, ty nie znasz swojej osoby. Nigdy nie dowiemy się kim byliśmy. Nie dowiesz się czyją pulę genów otrzymaliśmy w sposób naturalny, którą nadali nam oni. Mnie zamienić chcą w pająka. Rozumiesz? Nie zapisaną część genomu uzupełniają cechami pająka. Nie wydostaniemy się stąd, musimy umrzeć. Nawet gdy doświadczenie się powiedzie nie odzyskamy wolności - zabiją nas. Z resztą, dlaczego ja w ogóle z tobą rozmawiam.

Łzy spłynęły po policzkach dziewczyny.

Zebrałem w sobie całą odwagę i wyciągnąłem rękę. Położyłem ją na jej przedramieniu. Dziewczyna wyszarpnęła je natychmiast.

- Jeżeli chcesz mi pomóc, znajdź mi żyletkę - powiedziała, wstała, obrzuciła spojrzeniem i w pośpiechu wyszła. Nie chciałem jej zatrzymywać. Nie zmienię jej, ale mogę pomóc.

- Skoro tak spieszno ci do piachu, to dlaczego ich nie zaatakujesz... - Mruknąłem do siebie i wziąłem łyk wody.

Zamyślony, odchyliłem się na krześle i zacząłem się na nim bujać.

Po chwili zrozumiałem jedno - Cortney tak naprawdę nie chce zginąć. Gdybym się mylił nie piła by wody i zginęła z pragnienia. Mogłaby wziąć puszkę ode mnie i spróbować się nią pociąć. Albo tak jak już wspomniałem mogłaby się zorganizować i zaatakować lekarzy.

Z moich słów - podświadomie czy też nie - wywnioskowała, że nie będę chciał obdarować ją żyletką, bez której przecież się nie potnie.

Dziewczyna ma w sobie jeszcze nadzieję. Chcąc nie chcąc każdy z nas ma. Nawet gdy jesteśmy pogrążeni w bezsensie sytuacji, albo jak w jej przypadku depresji (chociaż... Czy to się przypadkiem nie uzupełnia?) To ta nadzieja gdzieś jest. W jakimś procencie.

Ona chce być uratowana i dopóki nie straci cierpliwości będzie tego nieświadomie poszukiwać. Jeżeli nikt tego nie zrobi, dziewczyna będzie czuć presję, a ta z czasem się nasili na tyle, że jej wiara w to że ktokolwiek potrafiłby jej pomóc spadnie do minimum. A wtedy popełni samobójstwo. Cortney ma jeszcze czas.

Moja rola w tym wszystkim to zostać jej bohaterem. Albo katem. Ostatecznie wydłużyć okres oczekiwań.

Nagle odchyliłem się za daleko i wywaliłem się z krzesła. Poczułem jak karkiem zahaczam sąsiednie.

Momentalnie pojawiły się przy mnie obiekty. Gracze tylko patrzyli zaciekawieni, a silna kobieta - ta która czytała książkę - podała mi rękę.

Skinąłem jej głową w podziękowaniu i przetarłem kark dłonią.

- Zdolny jesteś - rzuciła, unosząc brwi z pewnego rodzaju pogardą.

- Ta...

- Dla pewności, wszystko w porzo?

- W czym?

- Kark. Jak twój kark - zniecierpliwiła się. - Już kopać grób?

- Właściwie już jest okej.

Dziewczyna pokręciła z politowaniem głową i odeszła. Wzięła po drodze swoją książkę i wyszła z pomieszczenia.

Ja usiadłem znowu na tym samym miejscu i zacząłem palcem kreślić okręgi na blacie stołu. Stołek miał trochę skręcone tylne nóżki, więc kiwał się już bez mojej pomocy.

Gdy upłynęła znaczna ilość czasu zawołałem do jednego z graczy kiedy podadzą nam coś do zjedzenia. Ten odpowiedział, że zostały im jeszcze dwie partyjki tej swojej gry. Pojąłem, że w ten sposób odmierzali czas. Zapytałem czy chodzą spać. Inny odrzekł, że oczywiście chodzą, ale gdy zmienia się wachta.

Przysunąłem znowu krzesło do nich i obserwowałem jak przesuwają pionki po planszy. Z jednym z obserwujących grę rozwinąłem ciekawą rozmowę. Grupę, którą cały czas nazywałem "graczami", on nazwał "zegarem". Co roku z nowych obiektów wybierają nowy skład, na zmianę z innymi grupami zegarowymi uczą ich ile czasu mają na przemyślenie ruchu. Zawsze wiadomo kto wygra na końcu. W każdej drużynie "Zegara" są dwie pary graczy, odmierzających czas podczas rozgrywki, zawsze takiej samej. Zmieniają się co partię. Partie natomiast liczą dwaj inni z grupy. Potem kolejna dwójka liczy dni. I tak oto, od czasu wymyślenia "Zegara" upłynęło 987 dni.

To prawie trzy lata! Nie do wiary, że wciąż funkcjonowało...

Nie mając nic lepszego do roboty, przyglądałem się rozgrywce. Nie myślałem nad niczym konkretnym. Losowe rzeczy. Nie odzywałem się, bojąc że przerwę ciąg wydarzeń. A przecież to jedyny zegar jaki mieliśmy! Musiałem o tym powiedzieć innym braciom, ale najpierw potrzebowałem posiłku. No i nie rozwiązaną kwestią wciąż pozostawał papier i coś do pisania.

Gdy w końcu przyszli zmienić graczy inna grupa, ponieważ druga partia dobiegła końca, zaczął zbierać się tłum. Była to garstka osób, więc ja i Damian - czarnoskóry o białych włosach, który opowiedział mi o Zegarze - postanowiliśmy zwołać resztę.

Drzwi bowiem odblokowywały się tylko na posiłek, ale skąd mieliśmy wiedzieć kiedy, skoro nie mieliśmy zegarów? Dlatego wielu obiektów mogło go pominąć. Iii dlatego ja wraz z Damianem poszliśmy ich poinformować.

Czego ja wtedy nie widziałem... Kobieta-syrena w akwarium i jej współlokatorka o wiecznie gorącej skórze - musiała być obwiązana lodem, by nie spłonąć od własnego ciepła. Mężczyzna z karłowatymi skrzydłami, przypominającymi smocze i w celi obok dziewczynka obrośnięta gdzieniegdzie czarno-białym futrem z małym ogonem oraz wąsikami wyrastającymi z jej nozdrzy i nad brwiami.

Jest nas wielu - nasza elita jest najbardziej zmutowana, bo im na to pozwoliliśmy.

"A co zrobią mnie? Wyhodują drugą głowę? Czy może potrzebują mięśni?" - zastanawiałem się, nie przerywając biegu. Nie był za szybki, więc zdziwiłem się gdy Damian zawołał na mnie bym zwolnił.

Zrozumiałem dopiero gdy się od kogoś odbiłem. Ja zdołałem utrzymać się na nogach, ale druga osoba już nie.

- Powinieneś bardziej uważać, Alexandrze - usłyszałem głos Nancy. - Właśnie szłam do Syntii.

Natychmiast podałem jej dłoń. Ta chwyciła i ciągle się uśmiechając podniosła się z ziemi. Zgiąłem się i pozbierałem papiery, które wytrąciłem jej z ręki.

- Przepraszam najmocniej. To się więcej nie powtórzy - zapewniłem, oddając jej kartki.

Nancy przyłożyła otwartą dłoń do mojego policzka. Potarła go.

- Jesteś taki... - Nie dokończyła, posmutniała nagle i po prostu wymierzyła mi policzek.

Przechodząc szepnęła coś o kamerach i że z pewnością, jeszcze dziś, się zobaczymy.

Zanurzony po uszy we własnych myślach poszedłem na posiłek.

***

Jedzenie było standardowe.

Szara breja i coś mięsopochodnego, plus zupa (woda z ogórków) z makaronem, a jak ci sprzyjało szczęście to z kawałkiem ogórka kiszonego.

Po posiłku opuściłem scenę. Byłem zadowolony. Kontakt z ludźmi to coś niesamowitego. Nawet nie potrzebowałem artykułów piśmienniczych, co było bardzo dużym udogodnieniem.

Gdy drzwi mojej celi zapiszczały, medytowałem.

Weszła do środka kobieta. Nie była to Nancy, ani żaden z genetyków. Pomimo to wstałem i strzepnąłem śmieci, których zapewne wcale nie było na moich spodniach.

Była to już znana mi kobieta, silna. Z afro, ta która czytała książkę na scenie. Nosiła na sobie zwykłą szaro-białą koszulę. Na stopach miała kapcie z króliczymi uszkami. Wyglądała w tym śmiesznie przy jej budowie ciała.

Nagle poczułem ukłucie w sercu. Kiedyś mogła być drobniejsza. Na co wskazywałaby mniejsza niż powinna głowa. Nie powinny mnie tak ciągle dziwić eksperymenty na nas. W końcu w ich postrzeganiu nie byliśmy ludźmi.

- Czego tu szukasz? - przeciąłem pytaniem ciszę, łamiąc przy okazji pierwsze lody. Czułem, że milczę zbyt długo i musiałem coś powiedzieć. To że zabrzmiało to bardzo ostro nie było moim zamiarem.

- Nie wierzę, że mój brat to taka ofiara losu - uśmiechnęła się, patrząc z zaciekawieniem. Odnosiła się z pewnością do mojej wywrotki na krześle. Stała ze spuszczonymi przy ciele umięśnionymi ramionami. Była... Chyba mogłem określić jej postawę terminem "zadowolona". Przy czym zdradzała pewne oznaki fascynacji. Lub ekscytacji.

Zakłopotany i nie do końca pewny podszedłem, otworzyłem ramiona, a Syntia przylgnęła do mnie.

- To pewne? - zadałem kolejne pytanie, wciąż nie dowierzając w to że nagle mam rodzinę. Młodszą siostrzyczkę.

- Nancy nie kłamie - usłyszałem pewną i pełną ulgi odpowiedź, tuż za moim uchem.

Audrey wbiła palce w moje łopatki i zapłakała. Podczas gdy ja stałem cały sparaliżowany. Nie wiedziałem jak się odezwać. Nie miałem jej nic do przekazania. Nie chciałem się z nią dzielić moimi zawiłymi myślami. Więc najzwyczajniej w świecie potarłem jej plecy dłonią.

Miałem, ładnie mówiąc "bajzel" w głowie. To co się stało gdy zobaczyłem w Audrey kogoś mi bliskiego... Było jak złoty kluczyk, otwierający kłódkę skrzynki, z zawartością, która cudem została tam upchana. Pokrywa została podniesiona, a wspomnienia... Jak film. Liście spadające na taflę kałuży, bose stópki w jej zimnej i zabrudzonej wodzie, i dźwięk łańcucha. Twarz małej zalanej łzami dziewczynki i krzyk. Krzyk śmierci. Nie wiedziałem czyjej. Mój umysł skomlała bym sobie przypomniał. Cofałem film, zawsze z tym samym schematem. Czułem niestety jedynie ból, ściskający mnie w gardle z powodu śmierci kogoś kogo w ogóle nie pamiętałem.

Równocześnie zastanawiałem się dlaczego Hopkins to robiła. Nie była idiotką. Wiedziała jakie jej działania mogą przynieść konsekwencje. A jednak z jakiegoś nieznanego mi powodu ciągle stała za mną i po stronie moich braci.

Wyłączyłem się na moment, zamknąłem oczy, ponieważ zbierało mi się na płacz.

To był moment, w którym zaufałem Nancy Hopkins. Kiedy zaufałem genetykowi i pozwoliłem jej być panem mojego życia i śmierci - nie z przymusu, a dobrowolnie.

- Audrey - przerwałem, nie chcąc by słyszała moje wzruszenie. - Myślę, że najlepiej będzie jak już pójdziesz.

Odkleiła się ode mnie, a ja dyskretnie otarłem prawe oko. Nie wiedziałem jak tej przeklętej łzie udało się uciec.

Dziewczyn nie zauważyła niczego, z racji że sama miała oczy czerwone i ocierała je dłużej niż ja. Pociągnęła nosem i kiwnęła głową.

- Słyszałam... Pogłoski.

- Są prawdziwe, niedawno mnie przenieśli z dołu.

- Wiem. Mówiła mi. Mam papier i wiem, że jesteś z nimi w kontakcie. Przyjdź jutro na scenę. Schowam go w książce. Tam go znajdziesz.

Przytaknąłem ruchem głowy i spojrzałem na swoje nagie stopy.

- Można jej ufać, Alex - usłyszałem odpowiedź na niezadane pytanie, które nieustanie krążyło mi po głowie.

- Wiem - powiedziałem zdecydowanie i zgodnie z prawdą. Usiadłem na łóżku i zakryłem twarz dłońmi.

Gdy je odłożyłem na kolana byłem znowu sam.

Chwilę potem, gdy już leżałem, pogrążony w egipskich ciemnościach i własnym myślowym spaghetti, usłyszałem pisk.

Drzwi się zasunęły.

Mario znowu stracił z oczu Luigiego.

 

© Plamy Tuszu
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci